Ukraina 2019

Ukraina 2019

 
Jest to 16 dni pełnych przygód na motocyklach takich jak Honda Transalp XL600V, Suzuki Freewind XF650 i Aprilia Pegaso 650. Wraz z kolegami objechaliśmy całą Ukrainę i byliśmy w Prypeci. Zainteresowanych zachęcam do lektury 😉
 

Dzień 1: 440km – DROHOBYCZ

Wyprawę mieliśmy zacząć o godzinie 7:30 ale przez pewne nieszczęśliwe zdarzenie zaczęliśmy o godzinie 9:30. Założenie proste: dotrzeć do granicy, a później na ile czas pozwoli jechać w stronę Odessy. Trasa biegła przez Jędrzejów, Rzeszów i przejście graniczne w Krościenku. Zaczęło się od drobnych problemów ze sparowaniem intercomów ale droga mijała całkiem przyjemnie. Pierwszy postój w Jędrzejowie na szybkie siku i rozprostowanie kości. Następny przystanek to Rzeszów i wspomaganie się daniem robionym przez samego Rolanda McDonalda 😉 Od tej chwili zmienia się aura. Jedziemy w stronę ciemnych chmur i nieuniknione jest, że się spotkamy. Przed Ustrzykami Dolnymi wjechaliśmy w 15 minutową burzę. Po 8 minutach chłopaki postanowili założyć przeciw deszczówki, a ja na koniec wyjazdu odpowiem sobie na pytanie czy dobrze zrobiłem nie biorąc ich 😉generalnie po tym 15 minutowym deszczu czułem się tak jak ktoś kto w czasie burzy wyszedł by przed dom i usiadł w kałuży. Tak się czuje motocyklista siedzący na motocyklu. Później już tylko przerwami kropiło aż do samej granicy. Generalnie po przejechaniu 278km mieliśmy tankowanie i podliczenie spalania motocykli które prezentuje się następująco:
 
TRANSALP: 5,8L/100km
APRILIA: 6,6L/100km
FREEWIND: 4,4L/100km
 
Ale trzeba przyznać, że to była dosyć szybka jazda w przedziale 100-125km/h z częsta redukcją i wyprzedzaniem.
 
Po dotarciu na granicę chcieliśmy się szybko odprawić omijając korek bokiem ale pani strażniczka graniczna kazała nam grzecznie udać się na koniec kolejki. Tak cali mokrzy odstaliśmy swoje czyli równą godzinkę ale już po przekroczeniu granicy trzeba dodać godzinę na zegarze i z 17:30 zrobiła się 18:30. Następny cel to miejscowość Sambor i zakupy na kolację oraz karty SIM z ukraińską siecią. Z granicy do celu było 50km ale już od samej granicy rzuca się w oczy różnica w ruchu drogowym. Jakość dróg spada, pojazdy poruszające się to stare Łady, konie i inne radzieckie wynalazki. Przy granicy cena benzyny najniższa jaką zauważyłem to 26 hrywien czyli jakieś 4zł. Tak to między 26-32 hrywny za litr. 1 złotówka to 6,52 hrywny. Po dotarciu do sklepu zrobiliśmy zakupy, kupiliśmy i podłączyliśmy karty SIM było trochę problemów dlatego usunęły się poprzednie wpisy ale już od tej pory powinno być ok. Wymieniliśmy sobie także gotówkę w kantorze. Szybkie ustalenie planów i szukamy noclegu gdzieś w jakimś hostelu chyba, że nie będzie nic to rozbijamy się na dziko. Jedziemy dalej w stronę Stryju. Jeden motel nie dogadaliśmy się z właścicielem. W drugim wesele i brak miejsc. Zaczyna kropić, a na zewnątrz już ciemno. Ostatnia próba na hostel w Drohobyczu i jak się nie uda to robimy dzikusa. Na szczęście się udaję dostać 4 osobowy pokój urządzony na styl lat 90′. Mamy dwa pokoje i dwa małżeńskie łóżka ale to nam w ogóle nie przeszkadza. Gdy człowiek mokry, zmęczony i głodny cieszył by się nawet z kawałka podłogi pod dachem. Włączamy kineskopowy TV, ukraińska muzykę, szybka integracja, kolacja, prysznic i zaraz idziemy spać. Pisząc to jest u nas godzina 1:00 planowana pobudka o godzinie 7:00, a o godzinie 9:00 chcemy jechać w stronę Odessy.
 
Trzymajcie kciuki aby pogoda się poprawiła, a my idziemy spać 😴

Dzień 2: 445km – NIEPOROTÓW

 
 
Powinniśmy wyjechać o 9:00 ale wyjechaliśmy po 10:00. Ciężko się zebrać o takiej wczesnej porze 😊 Wychodzimy z hostelu, a tu żar leje się z nieba. 32 stopnie w cieniu. Na niebie ani jednej chmurki. Nadszedł czas na smarowanie łańcuchów i ubieranie. W taką pogodę jest to naprawdę wymagająca czynność. Grube długie spodnie na sobie, zakładamy ciężkie wysokie buty. Ciepło. Przyczepiam nakolanniki. Gorąco. Zakładam kominiarkę i kask. Niestety to jeszczee nie koniec. Spojrzenie na niebo. Zero chmur. Nakładam ciężką grubą kurtkę, skórzane rękawice. Czuję się już 2kg lżejszy. Wszystko już mokre. Cudowny strój kąpielowy motocyklisty 😀
 
Odpalamy maszyny. Trasa została podzielona na 4 etapy:
– 100 km
– 150 km
– 150 km
– 60 km
 
‌Jedziemy w stronę Iwano-Frankowska. Droga naprawdę jest bardzo dobra. Jedzie się przyjemnie w intercomie lecą piosenki turystyczne. Na niebie zero chmur i grzeje nadal niemiłosiernie. Pierwsze tankowanie po 31 hrywien za litr. Droga nadał przyjemna. Wydaje mi się, że tu są cięgle proste drogi. 30km prosto i zakręt w lewo. Znów 30km prosto i w prawo. 😀 Na kolejnej przerwie stajemy przy drodze na jedzenie. Freewindy biorą zupę i frytki ze stekiem, a Trampek z Pegaso pierogi Ruskie. Ja za swoje zamówienie czyli pierogi, litrowa Mirinda i półitrowa Nestea płacę 63 hrywny. czyli 9,34zł. Całkiem nieźle. Chłopaki za zupę drugie danie i litrową Pepsi po 13,40zł. Najtańsze paliwo jakie zauważyłem na stacji to PB92 za 21,40 hrywny za litr czyli 3,29zł. Po posiłku
‌jedziemy dalej w stronę granicy z Rumunią i Macedonią. Zaczynam się zastanawiać o czym napisać gdyż jest całkiem nudno ale nieee. Kolejny wyjazd nie może się odbyć bez atrakcji 😊
‌Dwa lata temu wyciągaliśmy skrzynie z GSa na polu namiotowym, rok temu wymiana uszczelniacza wybieraka sprzęgła w Transalpie w Chorwackim lesie, a teraz? Zapraszam do lektury 😁
‌Jak wspominałem droga była w porządku ale natrafiliśmy na odcinek z dużymi koleinami i dziurami. Jedziemy sobie elegancko, wyprzedzamy auta które jadą wolniej i w tym momencie dochodzi do nieszczęśliwego zdarzenia. Freewind wyprzedza auto, nie zauważa koleiny poprzecznej całkiem sporych rozmiarów. motocykl dobija zawieszeniem, zostaję wybity w powietrze. Przy opadaniu na ziemię kufer został w powietrzu. wyrwało całą płytę z mocowania. Wielka czarna bryła przy wielkim szczęściu przelatuje między starą Ładą, a nowym Nissanem i ląduje na poboczu. Freewind pojechał dalej. My się zatrzymujemy dzwonimy aby zawrócili i wyciagamy kufer z rowu. oprócz rys jest cały. Ufff. Nikomu nic się nie stało.
‌Czas na szybkie serwis na poboczu. Wybraliśmy nowe miejsca na płycie do złapania podkładkami. Całą płytę złapaliśmy jeszcze pasem transportowym i w Odessie będziemy jeszcze poprawiać montaż płyty. Straciliśmy ponad godzinę na naprawie. Gdy już mamy odjeżdżać drugi Freewind zalicza glebę. Coś słabe wyważenie mają te modele, że się same przewracają 😀
‌Jedziemy dalej. Kufer się trzyma. Podążamy w okolice Dniestru szukać noclegu ale po drodze tankowanie i zakupy w “magazinie”. Upadek Freewinda po raz drugi. Sam z siebie stojąc na stopce. Dobrze, że wszyscy mają gmole i w sumie nic się nie stało. Znaleźliśmy jakiś pensjonat nad rzeką to jedziemy. Do komfortu się człowiek przyzwyczaja. 60km i jesteśmy. Droga skręca w bok. Zaczyna się szuter i kamienie. Czekaliśmy na to. Stajemy na podnóżkach, manetka do oporu i tylko siwo za nami. Osobiście czuję się wtedy jak zawodnik rajdu Dakar 😀 W końcu motocykle enduro są w swoim żywiole. Po chwili docieramy na miejsce. Nikt nam nie otwiera, po 10 minutach pauzy wychodzi właściciel i proponuję pokój na 2 osoby za 1300 hrywien. Trochę nie nasz przedział cenowy. Jedziemy na dzikusa 😁😁 Jest 21:00 zaczyna się robić ciemno. Znajdujemy fajne miejsce w sadzie z jabłkami. Pompujemy materace, nie rozkładamy namiotu gdyż niebo jest całe w gwiazdach. Pięknie widać drogę mleczną. Właśnie to jest super w tych wyjazdach. Sam na sam z naturą 😉 Prysznic chusteczkami nawilżanymi, szybka kolacja i kładę się na materacu. Taki jednoosobowy granatowy INTEX. nagłe psssssssssss. Przebilem o ostry patyk którego nie zauważyłem. na szczęście jeden freewind miał łatkę. Szybka naprawa i idziemy spać. Kończąc ten wpis jest u nas godzina 0:21 i bardzo słaby Internet więc nie wiem kiedy się prześlę. Pobudka zaplanowana na 6:00, a celem głównym na jutro – Odessa! trzymajcie kciuki. Dobrej nocy i takiego pięknego nieba jak u nas życzę 😉 🌌

Dzień 3: 500km – ODESSA

 
Orzeł wylądował!
 
Rano po dosyć chłodnej nocy w krzakach zrobiliśmy sobie pyszne kanapeczki i w drogę! Wyruszyliśmy najwcześniej ze wszystkich dni gdyż o godzinie 9:00 już byliśmy w drodze. Ranek upalny, a droga po 10km zmieniła się w piękny dziurawy szuter. Zdecydowanie był to solidny test zawieszenie gdyż chwila nieuwagi skończyła by się wjechaniem w wielką dziurę które trzeba było wymijać niczym tyczki. Kombinezon z czarnego zamienił się w szaro biały, najgorzej, że były kompletne odludzia, a my bez wody w tym ja z kończącym się paliwem. Ale udało się! Dojechaliśmy na ostatnich oparach do większej miejscowości
i zatankowaliśmy maszyny oraz zrobiliśmy sobie dłuższą pauzę. Do Odessy zostało 270km. Stwierdziliśmy, że robimy to z jedną pauzą i lecimy czym prędzej, gdyż na 19:00 mieliśmy odebrać apartament. Jechaliśmy już cały czas prosto w stronę celu, a przed nami coraz bliżej czarne niebo. Liczyliśmy, że druga pauza wypadnie przed deszczem i przeczekamy ale niestety. Burza była szybsza. Krótkie 10 minutowe deszcze ale intensywne. Część deszczu przeczekaliśmy na stacji paliw, ogrzewając trzęsącą się z zimna “sabake”. Ostatnie 70km i jest!!!
 
Odessa przywitała nas gorącem i chaosem na drogach. Jeszcze moment i jesteśmy pod apartamentem blisko centrum. Motocykle zostawiliśmy przy budce stróża gdzie panowie przez 3 dni będą ich pilnować 24h za niewielką opłatą. Ogrodzone niczym najważniejszy zabytek 😀
 
Po prysznicu wyszliśmy do rynku świętować szczęśliwe dotarcie i teraz nadszedł czas 2 pełnych dni relaksu, zwiedzania i odpoczynku od “motocyklizmu”.
 
Udało się! 😉 Lecz przed nami jeszcze dużo ciekawych atrakcji.
 
Pozdrawiamy z gorącej Odessy! 🇺🇦

Dzień 4: 0km – ODESSA

 
Pobudka o godzinie 10:00 i wstając człowiek docenia takie proste rzeczy jak zwykła rozkładana kanapa 😀 Towar luksusowy po noclegu w krzakach 😊
 
Plan na dziś był prosty. Wyspać się, zrobić pranie i idziemy zwiedzać Odessę. Pierwsze kroki postawiliśmy w stronę centrum i pomnika naszego wieszcza narodowego Adama Mickiewicza. Stamtąd przy głównym deptaku zobaczyliśmy dom w którym mieszkał oraz udaliśmy się do polecanej knajpy z ukraińskim jedzeniem. Restauracja nazywała się “Kompot” i to było ich towarem wystawowym. Litrowy słoik pełny tego napoju z truskawkami był przepyszny 😃 Do tego mięso z kaszą, pierogi z twarogiem i ziemniakami więc można było być zadowolonym. Bardzo smacznie. W czasie konsumpcji tych pyszności zaczęła się burza. Miasto w którym przez 300 dni w roku jest słonecznie przywitało nas drugi dzień deszczem. Cóż za pech. Gdy deszcz ustał udaliśmy się na słynne schody “potiomkinowskie” skąd rozciąga się widok na port w Odessie. Schodami w dół i na drugiej stronie przeszliśmy się po porcie podziwiając kontenerowce które wychodziły w morze. Wracając do mieszkania udało nam się zobaczyć teatr opery i baletu i trzeba przyznać, że kiedyś to budowali z rozmachem. Na powrocie zrobiliśmy zakupy by wieczorową porą nie siedzieć wpatrzonym w siebie bez słowa oraz planowanie jutra i kolejnych dni 😎
 
Plan na jutro jest następujący. Pobudka o 9:00 wyjście do największego rynku w Odessie gdzie można kupić dosłownie wszystko, zwiedzanie dworca głównego i kąpiel w morzu czarnym 😋 Po południu serwis motocykli, naciąg łańcuchów, smarowanie, dokręcanie poluzowanych śrubek i czas na zakup pamiątek.
Teraz siedzimy i planujemy dalszą podróż. Chcemy jechać jak najdalej na wschód i następnym głównym celem jest MARIUPOL który leży już w okręgu donieckim, a wiadomo, że to są “gorące” tereny i trzeba będzie być uważnym. Później chcemy jechać w stronę CHARKOWA po drodze przejeżdżając przez ukraińskie wsie. Dalej chcemy dotrzeć do KIJOWA i spróbować wykupić wjazd do CZARNOBYLA. Plany zacne więc pewnie będzie się działo 😉
 
Cпокійна ніч!

Dzień 5: 0km – ODESSA

 
Ostatni aktywnie spędzony dzień. Pobudka po długich nocnych Polaków rozmowach nie nastąpiła o 9:00, lecz o godzinie 11:00 😉
Rano gdy chłopaki się ogarniali przed wyjściem nad morze ja musiałem iść do sklepu zakupić oliwę do silnika. Trampek powyżej 5tyś obrotów lubi sobie wypić i weszło 0.7l oleju do silnika. Dystans pokonany do tej pory to 1360km. Zobaczymy jak będzie dalej.
 
Gdy wróciłem wyszliśmy w miasto. Po drodze śniadanie w typowym ukraińskim barze mlecznym gdzie można było zjeść domowo i smacznie ale śmietanę dodają oni chyba do wszystkiego 😉 Dziś w ogóle bardzo kulinarny dzień. Następnym miejscem które odwiedziliśmy to Privoz Market. Jest to miejsce do handlowania wszystkim przez wszystkich. Ryby, owoce, starocie. Czego dusza zapragnie 😉 Następnym miejscem e którym zrobiliśmy pauzę to dworzec kolejowy w Odessie. Jest naprawdę duży i robi wrażenie z zewnątrz jak i z wewnątrz. Zrobiony z rozmachem.
 
W końcu dotarliśmy do morza, a pogoda była dla nas łaskawa gdyż cały dzień było gorąco i świeciło słońce ☀☀☀ Zajęliśmy miejsce na plaży, w morzu popływać się udało więc zaliczone. Plaże są dosyć wąskie i zanieczyszczone więc był to minus.
Po powrocie z plaży wzięliśmy się za serwis motocykli. Naciąganie łańcuchów, smarowanie, doczepiane trytytek co by w całości wrócić do Polski więc jutro tylko przypinamy bagaż i możemy jechać dalej. Dosyć tego chodzenia 😀
 
Wieczorem kolacja w restauracji przy naszym mieszkaniu, omówienie planów na dalszą drogę i pomału się zbieramy Odessy. Ostatnie pranie właśnie się wiruje, my pakujemy kufry i jutro o 11:00 zdajemy klucze i ruszamy dalej.
Na wschód!
 
Niech przygoda trwa dalej, a to jeszcze nawet nie połowa wyprawy. 😉

Dzień 6: 360km – KOZATS’KE

 
Koniec Odessy. Wyjechaliśmy po 12:00. Korki koreczki więc trzeba było trochę z lewej trochę z prawej i już jedziemy na wschód. Ruch spory na drogach, dużo ciężarówek, a tutaj większość zestawów to Kamazy i Ziły. Jak redukcję zrobi pod górę to czarno z rury, aż miło.
 
Pierwszy przystanek po drodze to Piaski Aleszkowskie. Teren półpustynny ze względu na ilości opadów i temperatury. Do 2004 był to poligon wojskowy ale od 2015 wojsko ponownie zajęło ten teren. My wjechaliśmy prosto przed szlaban wojskowy gdzie miły żołnierz z karabinem pokazał nam gdzie mamy jechać aby nie wjechać na poligon, a dotrzeć na miejsce docelowe. Freewind się zakopał na podjeździe więc tu to chyba trzeba by pojeździć lekkimi motocyklem gdyż piasek mega sypki.
 
Pauza na stacji paliw, tankowanie i szukanie noclegu. Znaleźliśmy fajny pensjonat za 900 hrywien ale jeszcze trzeba było doliczyć opłaty turystyczne w wysokości 208 hrywien od osoby więc zrezygnowaliśmy. Już zaczęliśmy szukać dzikusa ale znaleźliśmy camping. Podjechaliśmy zobaczyć czy będzie coś z tego, ale zaskoczyliśmy się bardzo pozytywnie.
 
Cena za osobę to 7,60 zł!
 
Pole mamy nad rzeką, z plażą jak na Ibizie. Do tego bar, basen, prąd na miejscu namiotowym, WI-FI, łazienki, toalety, ochrona. No pełen luksus campingowy. Do tego jesteśmy tutaj zupełnie sami.
Super miejsce!
 
Nie rozkładamy namiotu tylko zawiesiliśmy sobie hamaki i śpimy pod gołym niebem.
Gdy już kręciliśmy pauzę popijając 8% piwo marki “Desant” to podszedł do nas lis.
Idziemy zaraz spać. Zostało nam niecałe 400km do Mariupolu więc jutro może będzie okazja wskoczyć do morza Azowskiego! 🏊
 
Dobrej nocy!

Dzień 7: 350km – MELITOPOL

 
To była zimna noc. Ciągnęło od wody, że trzeba było nałożyć kaptur na głowę w nocy. Po przebudzeniu się o godzinie 5:00 zza hamaka ukazał się przepiękny wschód słońca który można było zobaczyć w poprzednim wpisie. Po zebraniu się, zjedzeniu śniadania w altance gdzie były dwa gniazda jaskółek, wypiciu herbaty i kawy z kuchenki turystycznej wyruszyliśmy w stronę Mierzeji Arabackiej z naszego super campingu.
 
Po dotarciu na początek naszego celu mieliśmy 50 km do granicy z Krymem. Postanowiliśmy podjechać pod sam posterunek. Na początku droga asfaltowa przerodziła się w betonowe płyty, a później w piaszczystą drogę. Na lewo i na prawo woda. Ludzie chodzący z materacami. Gdy wjechaliśmy na piach byliśmy już zupełnie sami. Tam znów trzeba było przełamać strach przed odkręceniem manetki gazu. Gdy dodawało się gazu, motocykl szedł jak przecinak. Pierwszy szlaban i informuję nas pewien pan, że mamy jeszcze 5km do granicy i bez przepustki nie wjedziemy. Dalej jesteśmy tylko my, piaszczysta droga i słońce. Po dotarciu do granicy podszedł do nas młody, żołnierz z “kałasznikowem” zapytał skąd jesteśmy, powiedział, że pracował kiedyś w Polsce oraz, że bez przepustki nie przejdziemy. Zrobiliśmy nawrotkę i wracamy, po 2 km odbiliśmy w pierwszą boczną drogę i naszym oczom ukazała się plaża i morze Azowskie!
 
Od razu podjechaliśmy pod sam brzeg gdzie zakopaliśmy motocykle po sam wahacz i nie czekając długo wskoczyliśmy do morza. Było bardzo ciepłe, przy brzegu pełno meduz, a biel piasku okazał się toną muszelek które można przekopywać w nieskończoność koparką.
Podziękowania dla Grzegorza za polecenie tego miejsca gdyż nie mieliśmy go w planie, a okazało się najlepszym punktem wyprawy jak do tej pory.
 
Na plaży byliśmy zupełnie sami, nikogo na lewo i prawo w promieniu wzroku. Żadnych parawanów 😀
 
Jest to miejsce z kategorii “kiedyś będę chciał tu wrócić!”
 
Po powrocie do większej miejscowości postanowiliśmy dotrzeć 100km do Melitopolu i tam spędzić nocleg. Znaleźliśmy fajny hotel, za 35zł od osoby z prywatnym parkingiem na motocykle i śniadaniem w cenie więc jest luks malina!
 
Za chwilę będziemy rozganiać chmury które podobno mają nadejść i jutro jedziemy do Mariupolu który leży 50km od granicy z Rosją, a w 2015 roku na dzielnicę mieszkalną miasta spadły pociski z wyrzutni rakietowej typu Grad zabijając 30 osób cywilnych i raniąc prawie 100. Wydarzenie to było częścią ofensywy prowadzonej przez prorosyjskich rebeliantów w ramach wojny we wschodniej Ukrainie.
 
Jutro połowa wyprawy za nami! 💪

Dzień 8: 370km – KURACHOWE

 
Dzień zaczęliśmy od śniadania w hotelu i nastawiliśmy nawigację na Mariupol. Do celu mieliśmy 180km. Po drodze przeliczyliśmy możliwości Trampka i 5 km przed stacją paliw skończyło się paliwo. Zjazd na bok i trzeba było zastosować metody starego “pekaesiorza” i ściągnąć paliwo z baku freewinda.
 
Ale udało się zatankować i dotrzeć do Mariupolu. Przez ten czas mieliśmy 3 kontrolę na drodze. Dwie wojskowe i jedna policyjna. Chłopaki z karabinami, rogatki, sprawdzanie paszportów. Czuć w powietrzu, że coś się tu dzieje. Docierając na miejsce udaliśmy się przez wskazaną przez okolicznych mieszkańców dzielnice miasta która została ostrzelana z rakiet. Nie znaleźliśmy śladów działań wojennych ale to jednak minęło 5 lat. Mimo wszystko mieszkańcy mówili nam, że czasami w nocy słychać odgłosy toczących się walk które odbywają się 50 km stąd.
 
Dalej ruszyliśmy w stronę campingu który był 111 km od Mariupola na północ. 5 km przed campingiem, a 10 km przed Donieckiem była kontrola wojskowa na której powiedziano nam że bez przepustek nie przejdziemy, a dalej “saparatysty”.
 
Rozmowa z żołnierzem:
Ż: Wy chaciu dalej?
My: Da.
Ż: Tam saparatysty.
My: My znaju.
Ż: Ooo. Kak oni będą strzelać do Was wy wtedy nawrot i gazuuuuuuu!
 
Mimo, że sobie żartowaliśmy razem z nimi to pokazuje jak tam jest niebezpiecznie i mimo tymczasowego zawieszeni broni, w każdej chwili są narażeni na niebezpieczeństwo. Wozy bojowe na ulicach, czy żołnierze na każdym kroku były widokiem dnia codziennego. W sumie mieliśmy tych kontroli z 7 przez cały dzień.
 
To, że nas zwrócili skomplikowało nam trochę plany. Musieliśmy znaleźć inną drogę która pokieruje nas w stronę Połtawy, a przy obszarze donieckim nie było to łatwe. Koniec końców dojechaliśmy do miejscowości która widnieje w poście, po drodze wjeżdżając w ścianę deszczu która nas zmoczyła doszczętnie. Z tego powodu zdecydowaliśmy się znaleźć coś z łóżkiem. W przydrożnym sklepie zapytaliśmy młodych chłopaczków o nocleg, oni nam go wskazali, pytając się o to czy mogą sobie zrobić zdjęcie z motocyklami. Jednemu pozwoliłem sobie wskoczyć na Hondę, odpalić i pogazować. Był szczęśliwy tak samo jak my gdy w końcu znaleźliśmy nocleg wskazany przez nich. Motel przy restauracji w której odbywało się ukraińskie wesele. Podjeżdżając tam zrobiliśmy taką furorę, że goście weselni przyszli zobaczyć co się dzieje. Później państwo młodzi wyszli do nas, złożyliśmy im życzenia i każdy rozszedł się w swoją stronę. Oni na parkiet, my do motelu. Szybki prysznic i do marketu na zakupy bo późno. Kupiliśmy sobie rzeczy na śniadanie i po piwie ale panie kasjerki przy kasie powiedziały, że już alkoholu nie mogą sprzedać bo po 22:00, a tutaj na Ukrainie po 22 “ne mozhna”. W kasie byliśmy 22:01. Sprawdzone na zegarku w momencie odmowy. Na szczęście po drodze do motelu mieliśmy pub, a tam można kupić. Sklepy po 22:00 – nie, puby po 22:00 – tak!
Dzień pełen wrażeń, ale już idziemy spać bo u nas teraz 1:34 jak piszę, a jutro chcemy zrobić ~400km
 
Spokojnej nocy! 😉

Dzień 9: 0km – KURACHOWE

 
 
Deszcz. Ciągle pada. 🌧
 
Od 3:00 w nocy ciągle pada deszcz. Nie to, że pokropi trochę. Leję. Po ulicy płynie rzeka. Ma tak padać do północy więc postanowiliśmy przeczekać ten dzień i wyruszyć jutro ponieważ ma się poprawić pogoda i do końca wyjazdu ma być słonecznie.
 
Siedzimy sobie w pokoju, z kranu płynie Johny Walker, motocykle mokną.
 
Taki oto dzień.

Dzień 10: 205km – IZIUM

 
Rano obudziły nas promienie słońca więc wiedzieliśmy, że jedziemy dalej. Pakowanie, śniadanie i w drogę. Przejechaliśmy może z 10 km skręciliśmy w boczną polną drogę i tu się zaczęło. Po wczorajszych deszczach polne drogi zmieniły się w jedno wielkie klejące błoto.
 
Na początek wywrotka Freewinda nr.1:
Koło uślizgnęło się na błocie i gleba. Kombinezon brudny, moto brudne. Jest wesoło. Po rekonesansie wychodzi na to, że dalej też tak będzie więc zawracamy.
Całe błoto weszło do błotnika Freewinda nr.2 więc znów pauza. Koło się nie obraca więc wydłubać trzeba tą zaschniętą breję. Po dłuższej chwili nam się udaję więc jedziemy w inną drogę 300m dalej, a tam kałuże w takich dziurach jak leje po bombie.
 
Przy zawracaniu upadek Freewinda nr.2
Tak nieszczęśliwy, że złamana zostaję klamka sprzęgła. Na szczęście doświadczeni poprzednimi wyprawami mamy na zamianę. Szybki serwis i jedziemy dalej.
 
Przejechanie tych 10 km zajęło nam 2 godziny.
 
Później już droga, asfaltami z dziurami, czasem bez, czasem koleiny 50cm. Jakoś sobie spokojnie jedziemy.
 
Naokoło pełno dużych obszarów rolniczych, w tle kopalnie. Tak wygląda okręg doniecki.
Kolejna kontrola wojskowa, rozmowa z żołnierzami, mówili, że kiedyś pracowali w Polsce ale teraz służba i muszą tu być. Pogoda dopisuję więc jedziemy. Obiad w przydrożnym barze gdzie jest tak pusto, że można by pomyśleć, że zamknięte. Bar pusty, ani jednego alkoholu, w lodówkach pusto. Menu niedostępne. Pani obsługująca nas mówi, że może zrobić kartofle z kotletem i sałatką z pomidorami. Do tego kompotu. Obiad bardzo smaczny.
 
Dojeżdżamy do punktu docelowego i szukamy noclegu. Na bookingu znajdujemy prywatne mieszkanie w bloku na osiedlu za 500 hrywien za całość. Wychodzi po 19zł za osobę. Mamy 3 pokoje, kuchnię, dwa balkony. Umeblowanie to przełom lat 80/90′. Ale nam przecież więcej do szczęścia nie potrzeba. Jest super 👌
 
Poszliśmy do pobliskiego marketu kupić sobie coś do jedzenia i wyszło, że korzystając z kuchni gotujemy makaron do spaghetti i leczo. Porcja wyszła jak dla chłopów z kopalni. Chyba na jutro będziemy wekować słoiki 😀
 
Od jutra jedziemy w stronę Kijowa. W piątek mamy mieć wycieczkę do miejsca z popularnego ostatnio serialu dostępnego na HBO 😎😉

Dzień 11: 375km – KRZEMIEŃCZUK

 
Rano szybkie pakowanie i w drogę. Odjazd o godzinie 11:00 i na cel wzięliśmy miasto Krzemieńczuk. Droga biegła przez okoliczne wsie i miejscami była dziurawa jak sito. Nowym doświadczeniem w porównaniu do Polski jest to, że przez 30/40km nie spotkacie na drodze żadnego pojazdu.
Dzisiejszy dzień to był typowy przelot więc, ani zdjęć, ani innych ciekawych akcji po drodze.
 
No może oprócz tego, że 20 km przed miejscem docelowym Freewind 1 prawie stracił tablicę rejestracyjną która zawisła na awaryjnej trytytce, a mocowanie ramki zostało wyrwane ze śrub mocujących.
 
Spalanie mojego Trampka też nie jest rewelacyjne. Zasięg dziś to 278km na liczniku, zatankowane prawie 16,8l paliwa co daje średnie spalanie 6,1l/100km. Rezerwę włączyłem przy 217km. Albo za bardzo go kręcę albo coś jest nie halo. Poprzedni Trampek palił na wyprawie do Albanii około 5l/100km. Po powrocie trzeba zajrzeć do silnika i gaźników 😉
 
Po dotarciu na miejsce zjedliśmy kolację w Mc’Donaldzie gdzie jeszcze nie ma kiosków samoobsługowych i grzecznie do lady odostaliśmy swoje 😉
Znaleźliśmy apartament urządzony w stylu weneckim o całe 200 hrywien więcej niż wczoraj, a warunki niebo, a ziemia. Eleganckie mieszkanko 👌
 
Plan na najbliższe dni:
1⃣ Środa – wzdłuż Dniepru jedziemy do Kijowa
2⃣ Czwartek – na pusto lecimy motocyklami pod strefę w Czarnobylu i chcemy iść w miejsce gdzie odbywały się walki na Majdanie
3⃣ Piątek – zorganizowana wycieczka do Czarnobyla, wjazd na zamkniętą strefę.
4⃣ Sobota – chcemy dotrzeć do Polski ~600km
5⃣ Niedziela – dotarcie do domu, koniec wyprawy.

Dzień 12: 300km – KIJÓW

 
Rano wspólnie zjedzone śniadanko niczym przy Wielkanocy i ogień na tłoki 🔥🔥🔥
 
Droga na Kijów z jedną pauzą na tankowanie. Pierwsze 150 km to dziury i koleiny które sprawdzały pełny zakres pracy naszego zawieszenia, a druga połowa już normalna droga prosto do stolicy. Wielkie miasto. Od samego początku drogi w jednym kierunku po 6 pasów. Wielkie wieżowce, przypływającycy Dniepr. Robi wrażenie gdy właśnie wjechaliśmy z małych ukraińskich wiosek. Inny świat.
 
Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy mieszkanie blisko centrum, zaparkowaliśmy maszyny i czekaliśmy aż przyjdzie właściciel.
 
Po odebraniu kluczy i rozmowie polecił nam jutro odwiedzić rezydencje Mezhyhirya w której do 2014 roku przebywał Wiktor Janukowycz.
 
Przekazał nam również informacje, że do samego Czarnobyla powinni nas przepuścić na motocyklach więc będziemy próbować. Restrykcyjna strefa wykluczenia to podobno Prypeć i tam już zezwolenia itd które mamy załatwione na piątek.
 
Gdy już wzięliśmy szybki prysznic poszliśmy coś zjeść i zaraz będziemy odganiać chmury na końcowe dni wyjazdu, a w planie jest jutro wczesny wyjazd wiec niedługo też idziemy spać 😉
 
Miłego wieczoru wszystkim!

Dzień 13: 250km – KIJÓW

 
Działo się!
 
Rano pobudka, pakujemy się na lekko w same kufry i za cel obieramy Czarnobyl. Na początek sam przejazd motocyklem przez Kijów robi wrażenie. Ilość samochodów, prędkość, ruch uliczny ogólnie jest nowym doświadczeniem. Poruszanie się na codzień motocyklem po łódzkich drogach przydało się. Ogromne miasto i chyba wywarło na mnie największe wrażenie jak do tej pory ze wszystkich odwiedzonych. Oj jak filmik będziemy składać to będzie z czego wycinać 😉
 
No ale jedziemy dalej. Wyjechaliśmy z Kijowa i już widać, że wracamy do widoków które towarzyszyły nam przez większość podróży. Udało nam się dojechać 20 km przed Czarnobyl i niestety koniec. Strefa zamknięta. Poszliśmy porozmawiać z żołnierzem czy da radę wjechać ale powiedział nam, że są trzy opcje. Jedna to wycieczka zorganizowana do Czarnobyla/Prypeci. Druga to praca na strefie i zezwolenie. Trzecia to specjalna przepustka którą można wykupić ale jest bardzo droga i na pewno nie dostaniemy na motocykl tylko ew. n samochód i do tego dużo urzędowego załatwiania. Na miejscu były 2 stragany z pamiątkami z Czarnobyla i Prypeci z logiem największego organizatora tych wycieczek czyli CHERNOBYL TOUR. Spędziliśmy tam ze 30 minut i wracamy. Jutro będziemy tam ponownie.
 
Na powrocie odwiedziliśmy byłą rezydencje Wiktora Janukowycza która po jego ucieczce w 2014 roku została nazwana Muzeum Korupcji.
 
Przepych bije po oczach od samego początku. Wielki 3 metrowy mur z drutem kolczastym zasłania to co jest wewnątrz.
Ukraińcy zdają sobie sprawę, że są sponsorami jego złotych sedesów, sztucznych jezior, marmurowych mostów, dwóch helikopterów z lądowiskiem, złotych kijów do golfa, domowego ZOO, ponad 2000 pracowników na terenie obiektu czy też garażu z luksusowymi samochodami wraz ze stacją benzynową.
 
Teren może wzbudzać przerażenie jak po jednej stronie muru, żyję się jak król, a po drugiej ledwo wiąże się koniec z końcem i widać to na każdym kroku.
 
Ciekawostką jest, że za wykonanie pokoju do parzenia herbaty widnieją rachunki na 1.695.744 dolarów.
 
Teren jest olbrzymi, my szybkim krokiem zwiedzając najważniejsze rzeczy, nie wchodząc do samej rezydencji gdyż można tylko z przewodnikiem spędziliśmy około 2 godzin. W czasie spaceru złapała nas też burza.
 
Po wydostaniu się z tego luksusu dojechaliśmy do mieszkania po drodze znów walcząc w ruchu ulicznym tego blisko 3 milionowego miasta.
 
Szybki prysznic i jedziemy do centrum. Postanowiliśmy się udać tam metrem. Kolejne miejsce które robi na nas wielkie wrażenie. Ruchome schody prowadzące w dół są tak strome i długie, że takich jeszcze nie widziałem. Szybki przejazd 3 stacji i jesteśmy na placu niepodległości zwanym też jako Majdan Nezałeżnosti.
 
Od pierwszego wrażenia widać, że jest to główne miejsce spotkań, pełno ludzi, centra handlowe, dookoła sklepy, plac wyłączony z ruchu kołowego. Obrót w drugą stronę i widać tablicę upamiętniające wydarzenia z walk w czasie “Euromajdanu”. Nagle jakby wszystko przycicha. Wielkie zdjęcia z tamtego okresu pokazujące jak to było te 5 lat temu. Portrety osób poległych, palone znicze, pełno opasek w kolorze ukraińskiej flagi. Chodzi się po kostce która jest popękana, uszczerbiona. Z jednej strony ludzie siedzący, pijący piwko, grający na gitarach, a z drugiej strony te zdjęcia które przypominają co tu się działo tak niedawno. Dziwne uczucie.
 
Kolacje zjedliśmy na mieście w sieciówce ukraińskiej PUZATA HATA z ukraińskim jedzeniem. Które jest tanie i bardzo dobre. Polecam każdemu. Po najedzeniu się, znów odbyliśmy podróż metrem do domu. Jeden przejazd obojętnie do jakiej stacji kosztuje nieco ponad 1zł. 8 hrywien dokładnie.
 
Teraz już szykujemy się do snu gdyż jutro z samego rana jedziemy pod reaktor ☢☢☢

 

Dzień 14: 0km – PRYPEĆ/CZARNOBYL

 
Udało się! ☢
 
Pobudka o godzinie 5:00, pakowanie i o 6:00 czekał już na nas kierowca ubera. Zbiórka przy autokarze o godzinie 7:30 ale jeszcze wcześniej wojsko musi zjeść 😉
 
Na autokarach były wywieszone listy kto w którym jedzie więc odnaleźliśmy swój, przy wejściu sprawdzono nam dane które podawaliśmy wcześniej i zapłaciliśmy resztę kasy. Zajęliśmy ostatni rząd siedzeń w autokarze i byliśmy gotowi do wycieczki.
Odjazd odbył się punktualnie, rozdano nam nasze przepustki dzięki którym mogliśmy wjechać na strefę wykluczenia oraz certyfikaty poświadczające pobyt w Czarnobylu.
 
Przy kontroli na której wczoraj byliśmy motocyklami, żołnierze nas odprawili i mogliśmy jechać dalej.
 
W drodze do strefy był puszczany film na temat elektrowni, katastrofie i tym co się działo po wybuchu.
 
Pierwszy przystanek to opuszczone domy przed Czarnobylem, dom kultury, sklepy.
Jedziemy dalej. Następny punkt wycieczki to wojskowe miasto Czarnobyl 2 i radar DUGA-1 zwany też okiem Moskwy. Radar robi wrażenie!
 
Nadajnik – ma wysokość 85 i długość 210 metrów. Ustawiony za nadajnikiem odbiornik jest większy i mierzy 135 metrów wysokości i 300 długości.
 
Następnie udaliśmy się do stołówki pracowniczej przy elektrowni jądrowej i zjedliśmy tam obiad.
 
Kolejny etap to wjazd na teren elektrowni czarnobylskiej i podjazd pod reaktor nr 4 RBMK-1000 w którym nastąpił wybuch i doszło do największej katastrofy w historii energetyki jądrowej. Po wyjściu z autokaru reaktor znajdował się od nas w odległości 200/300m. Poziom promieniowania jaki odczytaliśmy na dozymetrze był od 3 do 8 μSv/h. To nie powinno w żaden sposób odbijać się na zdrowiu, choć wielogodzinne przebywanie w tamtejszych rejonach raczej nie wróżyłoby niczego dobrego.
 
Dla porównania, zwykłe prześwietlenie klatki piersiowej dostarcza ciału w kilka chwili nawet 100 μSv.
 
Dalej udaliśmy się do Prypeci gdzie mogliśmy zwiedzić to miasto widmo. Niegdyś 50 tyś miasto teraz stoi puste. Wzbijające się ponad drzewa wieżowce, opuszczone stadiony, kina, szpitale oraze wesołe miasteczko. Wzbudza to przerażenie. Ludzie zostali ewakuowani stamtąd z myślą, że za chwilę wrócą i już nigdy nie wrócili. Zostawiając mieszkania i cały swój dorobek który później został zniszczony i splądrowany.
 
Na koniec zwiedzania dostaliśmy 20 minut wolnego dla siebie i mogliśmy wejść gdzie chcemy więc bez zastanowienia weszliśmy na dach wieżowca z którego widać reaktor oraze całe miasto.
 
Gdy opuszczaliśmy Prypeć pojechaliśmy jeszcze do Czarnobyla gdzie stanęliśmy autokarem przy muzeum techniki energetyki jądrowej i maszynach które pomagały przy gaszeniu pożaru.
 
Cała wycieczka trwała równe 12h i myślę, że było warto. Bardzo dobrze zorganizowana, widzieliśmy miasto jak wyglądało przed katastrofą, jak po. Najważniejsze punkty odwiedziliśmy i poczuliśmy na własnej skórze jakie to było tragiczne wydarzenie dla mieszkańców tego rejonu.
 
Byliśmy w grupie ukraińsko/rosyjskiej więc przez te 12h przewodnicy cały czas posługiwali się tymi językami i my w sumie daliśmy radę i sporo rozumieliśmy.
 
Nas ta wycieczka kosztowała 100 dolarów. Najtaniej jak znaleźliśmy to około 80 ale z wyprzedzeniem. Im krótszy termin od zarezerwowania tym drożej. U nas różnica jednego dnia sprawiała, że ze 100$ mielibyśmy 150$.
 
Poniżej zamieszczam zdjęcia ☢☢☢
 
Jutro rano kierunek 🇵🇱🇵🇱🇵🇱

Dzień 15: 620km – LUBLIN

 
Dotarliśmy do kraju! 🇵🇱
 
Rano po 8:00 wyjechaliśmy z Kijowa i ogień do Polski. Przed nami 600 km więc trzeba jechać i nie oglądać się za siebie. Generalnie oprócz tego, że brakło paliwa w trampku i pękło mocowanie bagażnika we freewindzie nr 2 to droga była super. Po dotarciu do granicy była wielka kolejka którą trochę udało się ominąć. Gdy spędziliśmy już 2 godziny na granicy i mamy wkraczać na terytorium RP to trampek został wylosowany do kontroli szczegółowej. Zjazd na boczny hangar, szukanie fajek, rozkręcanie boczków ale trochę poopowiadałem o Prypeci i nie musiałem rozkręcać dalej 😉
 
Dotarliśmy do Lublina do naszego kolegi “Świdra”, zostaliśmy ugoszczeni jak królowie. Kolacja podana no i teraz rozganiamy chmury aby jutro szczęśliwie dotrzeć do domu 😉
Dziś brak zdjęć bo ciągle w siodle. Jutro ostatni podsumowujący post z wyprawy i kończymy te wypociny 😉
 

Dzień 16: 265km – RADOMSKO

 
KONIEC! 🏁
 
Po godzinie 17:00 brygada szczęśliwie dotarła do domu po drodze pomagając jeszcze motocyklistce z Rosji która samotnie jechała do Chorwacji i urwało jej się mocowanie szyby w BMW F750 GS.
 
Przejechaliśmy około 4500 km.
 
Myślę, że na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas. Teraz trzeba chwilę odpocząć od jednośladu ale pewnie nie na długo. 😉
 
Dziękuję towarzyszom podróży za świetnie spędzony wspólnie czas. 🏍🔥💪🍻
 
Wszystkim którzy śledzili naszą wyprawę i wspierali dobrym słowem 👊👍
 
Kończymy naszą codzienną relację, myślimy już nad kolejnymi wyprawami no i czekamy aż zmontujemy film z Ukrainy bo będzie co oglądać!

PODSUMOWANIE

Czas podsumować wyjazd w liczbach.

4500 – Kilometry które pokonaliśmy przez cały wyjazd
270 – Tyle litrów paliwa spalił Transalp na wyprawie
17 – Tankowań do pełna
2,7 – Ilość oleju jaką musiałem dolać do silnika Hondy przez całą wyprawę 
3 – Gleby Freewinda nr 2
2 – Gleby Freewinda nr 1
1 – Gleba Pegaso
0 – Gleb Transalpa
4,1 – Najniższe wyliczone spalanie na 100 km – Freewind nr 2
8 – Ilość kontroli wojskowych
3,5 – Puszek smaru do łańcucha zużytych na 3 motocykle
3 – Tyle razy jechaliśmy podczas ulewnego deszczu
 
1️⃣ O motocyklach.
 
Jechaliśmy motocyklami które mają około 25 lat i kosztują w okolicy 5000 zł. Z całej trójki marek jaką posiadaliśmy HONDA, SUZUKI, APRILIA to według mnie najbardziej znaną w świecie motocykli do podróżowania była Honda. O Transalpie można wyczytać wszędzie i zawsze ale ta wyprawa oraz te z poprzednich lat pokazują, że SUZUKI FREEWIND i APRILIA PEGASO również są motocyklami które można brać pod uwagę przy kupnie z zamiarem podróżowania. Do tego modele ze stajni Suzuki odpowiednio przygotowane i wyregulowane odpłacają się niskim zużyciem paliwa które oscylowało w granicy 4,5l na 100 km. Aprlia Pegaso natomiast ma bardzo fajne zawieszenie, duży bak paliwa i pokazała, że również odpowiednio serwisowana jest bezawaryjnym motocyklem nadającym się do dalekich wypraw. Każdy z tych motocykli ma swoje wady i zalety ale podsumowując jeśli ktoś chce kupić coś do podobnej jazdy jaką my uprawialiśmy przez te 16 dni to wszystkie 3 modele są warte polecenia. Nie przydarzyła nam się żadna poważna awaria. Zawsze odpalały, przepalały paliwo, nie traciły mocy, jeździły po piaskach, błocie, plaży, dziurach, asfalcie. W deszczu i słońcu. Jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć dokładnie jakiś informacji na temat któregoś z motocykli to proszę pisać i na pewno chętnie odpowiemy na każde pytanie.
 
2️⃣ O Ukrainie.
 
Państwo które obraliśmy na cel znane jest z kiepskich dróg, taniego paliwa, ciężkiej sytuacji gospodarczej i politycznej. Nie do końca tak było. Jeśli chodzi o drogi to fakt są dziurawe i jeżeli nie trzymamy się dróg które łączą główne miasta to liczmy się z koleinami, dziurami i remontem zawieszenia. Ale drogi które były budowane na EURO 2012 są w jak najlepszym porządku i np. Droga z Polski do Kijowa jest w bardzo dobrym stanie i śmiało można jechać autem. Tanie paliwo to nie do końca prawda. Oczywiście jest tańsze niż w Polsce ale pisząc tego posta u nas w Polsce oscyluje litr w granicach 5,20zł, a na Ukrainie na powiedzmy stacji lepszej marki jak OKKO litr PB95 kosztuje 4,90zł. Nie jest tak, że jadąc na Ukrainę nagle mamy paliwo po 3zł za litr. Owszem na mniejszych stacjach możemy zapłacić 4,50zł za litr ale nadal nie jest to chyba jakaś porażająca różnica. Co do jakości paliwa, dla mnie jakiejś różnicy nie było. Transalp jechał jak na polskim, miał moc i tyle. Chłopaki mówią, że ich silniki pracowały gorzej, chodziły głośniej i na polskim paliwie mają lepszą kulturę pracy. Co do Ukraińców i samej Ukrainy to widać tam różnicę, że są ludzie bardzo bogaci i biedni. Gdzieś brakuje tej klasy pośredniej. Albo nowe mercedesy na drogach albo stare rozpadające się Łady. Tyle zaobserwowałem. Natomiast ludzie są bardzo mili, pomocni chętnie rozmawiają. Nie spotkaliśmy się przez te 16 dni z jakąś nieprzyjemną sytuacją, a raczej bym powiedział, że były to same miłe spotkania. Każdy patrol który nas zatrzymał zawsze miło z nami rozmawiał, instruował gdzie lepiej dalej jechać i aby nie pchać się tam gdzie jest zagrożenie. Sytuacja na wschodniej Ukrainie wygląda na stabilną ale czuć w powietrzu, że do końca pewnym być nie można tego jaki będzie jutro dzień. Wzmożone kontrole na drogach i to by było na tyle. W Mariupolu czy w okolicy Doniecka ludzie żyją normalnie. Są otwarte puby, restauracje centra handlowe. Ludzie chodzą na spacery i po prostu gdzieś obok tego wszystkiego odbywa się normalne życie.
 
3️⃣ O wyprawie i dalszych planach.
 
Wyprawa jak najbardziej udana. To co chcieliśmy zobaczyć to zobaczyliśmy. Wisienką lub jak kto woli truskawką na torcie była wycieczka do Czarnobyla która była ostatnim punktem programu. Jeżeli ktoś chciałby się dowiedzieć jak zorganizować taki wjazd na strefę wykluczenia z terenu Ukrainy, koszta, czas oczekiwania to tak samo proszę pisać to opowiemy jak to wygląda od strony technicznej i finansowej. Odessa, Mariupol, prawie Donieck, Kijów. Kawał Ukrainy objechany. Więc gdzie byśmy chcieli jechać teraz dalej?

Na przestrzeni ostatnich 3 lat byliśmy na motocyklach w takich krajach jak: Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Chorwacja, Bośnia, Czarnogóra, Albania, Niemcy.

Naszym największym ograniczeniem co do wypraw jest czas wolny. Dlatego takie wyprawy które zrodziły się w głowie podczas tegorocznej jazdy jak Bajkał w Rosji, Gruzja, Kazachstan czy Kirgistan będą bardzo trudne do zrealizowania w te 15 dni ale myślę, że są na pierwszym miejscu w kategorii przyszłorocznej wyprawy. W rezerwie pozostaje powtórna podróż na Rumunie oraz nie jednogłośnie przez nas obrany cel czyli zachód. Takie państwa jak Włochy, Portugalia czy Hiszpania.

To są na razie przemyślenia i wstępne plany, a co przyniesie czas to przekonamy się na przyszłe wakacje. Na razie trzeba umyć motocykle, zrobić serwis po wyprawowy i myślę od września trzeba robić skarbonkę z napisem MOTOTRIP 2020 ponieważ w tym roku koszt naszej 16 dniowej wycieczki zbliżył się do granicy 3000 zł na osobę. Oczywiście w to już jest wliczona Prypeć. Dużo? Mało? Myślę, że to wszystko co przeżyliśmy było warte każdej złotówki.
 
4️⃣ O przydatnych gadżetach na wyprawy.
 
Zdecydowanie jednogłośnie stwierdziliśmy, że bardzo przydaję się olejarka do łańcucha. Zero problemów, zero codziennego smarowania, łańcuch zawsze nasmarowany, czysty. Polecam olejarkę każdemu kto się wacha, a sam będę na przyszły rok chciał zamontować w swoim motocyklu.
 
Tempomat na rollgaz. Tak samo super sprawa na przelotach. Da się bez tego jechać ale za 20zł mamy kawałek plastiku który odciąża naszą rękę. Mi się przydało i ja polecam.
 
Intercom Tour.
 
Wymieniliśmy razem z Freewindem nr 1 swoje Intercomy na ten włoski model TOUR i wszystkie nasze problemy z rozładowanym intercomem podczas jazdy jak ręką odjął. Bateria trzyma około 20h jazdy więc po całodziennej trasie intercom miał jeszcze połowę baterii. To był dobry zakup ale dosyć drogi ponieważ koszt takiego Intercomu wynosi +- 700 zł. Za to Pegaso miał Intercom jakiś za 200 zł teraz nie pamiętam nazwy i radził sobie tak samo jak nasze TOURy bateria wytrzymywała cały dzień, a wszystkie pozostałe funkcję działały tak samo. Jakość dźwięku była podobno trochę gorsza .
 
Halogeny. Uważam, że dodatkowe oświetlenie które sobie zamontowałem do Trampka na pewno zwiększa nasze bezpieczeństwo na drodze. Jesteśmy widoczni w ciągu dnia dużo lepiej przez inne pojazdy i zgodnie stwierdziliśmy, że w lusterkach to Trampek był najbardziej widoczny przy zanikających światłach reszty motocykli. Można się śmiać, że niektórzy obwieszają swoje motocykle w takie lampki lampeczki ale jeśli tylko w jakiś sposób możemy zwiększyć swoje bezpieczeństwo na drodze to dlaczego nie? Mnie cały zestaw tych świecidełek kosztował jakieś 80 zł z okablowaniem. Myślę, że warto rozważyć.